I Liceum Ogólnokształcące im. Króla Kazimierza Wielkiego w Bochni
Strona główna > Matecznik polonistyczny > Lektury dla kl. III > Mariusz Wilk w Jercewie

Mariusz Wilk:
Dziennik północny (fragmenty)

  • Mariusz Wilk (ur. 1955)
    prozaik, eseista, dziennikarz; absolwent polonistyki we Wrocławiu. Działacz opozycji demokratycznej. Pierwszy rzecznik prasowy Lecha Wałęsy. W stanie wojennym ukrywał się, później aresztowany (1982-83). Po amnestii we Francji i Stanach Zjednoczonych. Od roku 1991 w Związku Radzieckim/Rosji jako korespondent "Gazety Gdańskiej", później "Kultury". Od jesieni 1992 mieszka na Wyspach Sołowieckich. Opublikował: "Konspira" (1984; wraz z Maciejem Łopińskim i Marcinem Moskitem (Zbigniew Gach), "Black end red" (1991), "Wilczy notes" (1998).

19 stycznia
Sześćdziesiąt lat temu - 19 stycznia 1942 roku - Herlingowi-Grudzińskiemu wręczono w łagrze w Jercewie bumagę ze zwolnieniem. Następnego dnia wieczorem Herling wyjechał z Jercewa pociągiem relacji Archangielsk - Wołogda. "Z pagórka w pobliżu stacji widać było obóz jak na dłoni. Z baraków unosiły się w górę pionowe słupy dymów, w oknach paliły się światła i gdyby nie cztery sylwetki "bocianów", siekące noc długimi nożami reflektorów, Jercewo mogłoby uchodzić za cichą osadę tartaczną, zażywającą szczęścia i odpoczynku po ciężkim dniu pracy. Wytężywszy słuch, można było bowiem usłyszeć brzęk łańcuchów i kołowrotków studziennych - znamię nie zmąconego niczym spokoju od niepamiętnych czasów na ziemi".
Tak opisał Gustaw Herling-Grudziński sześć lat później w "Innym świecie" ostatni widok Jercewa.

*** Dziesięć lat temu - 19 stycznia 1992 roku (dobrze zapamiętałem datę, bo to moje urodziny) - przyjechaliśmy pod wieczór do Jercewa pociągiem relacji Wołogda - Archangielsk.

Pociąg w Jercewie stoi minutę, ledwie wysiądziesz, rusza dalej. Jercewo wciąż jest "posiołkiem zamkniętym", od 50 lat nic tutaj się nie zmieniło. Zony jak były za Herlinga, tak i teraz są...

Patrzę z pagórka w pobliżu stacji na baraki, z których unoszą się w górę pionowe słupy dymów, w oknach palą się światła i gdyby nie cztery sylwetki "kogutów", siekące noc długimi nożami reflektorów, to Jercewo można by wziąć za cichą osadę tartaczną, zażywającą odpoczynku po ciężkim dniu pracy. (Mam wrażenie, że znaleźliśmy się w t e k ś c i e - rozumianym w obu znaczenich łacińskiego textum - p o s t r e a l i s t y c z n y m, jeśli - rzecz jasna - "Inny świat" uznajemy za prozę realistyczną.)

Wyprawę do Jercewa przedsięwzięliśmy w Wołogdzie, gdzie przypadkiem rzuciłem okiem na mapę i ze zdziwieniem zauważyłem, że z Wołogdy do Jercewa ręką podać. Piszę "ze zdziwieniem", bo dotąd wierzyłem Herlingowi na słowo, że Jercewo leży nad Morzem Białym... Tymczasem wychodzi, że Jercewo od Białego Morza dzieli 450 wiorst, słowem - to jakby powiedzieć, że Kraków leży nad Bałtykiem. O ile Herlinga tłumaczy licencja poetycka, to czymże wytłumaczyć badaczy ("owadzich nóżek") jego twórczości, powtarzających za nim ową czusz', nie zadawszy sobie trudu spojrzenia na mapę? Natomiast od Wołogdy Jercewo leży o parę godzin jazdy pociągiem.

Dasza S. z domu-muzeum Szałamowa w Wołogdzie objaśniła mi, jak dotrzeć ze stacji w Jercewie do gościnicy (w niej zazwyczaj nocują konwoje...), aby zrazu nie podpaść. Po wyjściu z pociągu postawiliśmy więc kołnierze, twarze skryliśmy w szalikach, czapy na oczy i pewnym krokiem wprost przed siebie, potem na prawo po głównej ulicy posiołka. Było minus trzydzieści parę, nad każdym domem snop dymu, niebo iskrzaste, księżyc na czubkach brzóz, w ich kępie coś czernieje, czyżby pomnik, nie, to nie pomnik, a bałwan śniegowy (ze szlifami!), śnieg poskrzypuje, pacan w uszance zjeżdża na tyłku ze śnieżnej górki i czasem nas mija człowiek zakutany jak tłumok, z pustym obłoczkiem pary z ust. Niczym z komiksu o niemych.

Gościnica dla konwojów przypomniała mi schroniska w Beskidach lub Tatrach z lat sześćdziesiątych... Ciepło, zapach dymu z drew, paru mużyków smaży jaja na prymusie w kuchni, w recepcji babula - ledwie widzi... Weronika daje jej swój paszport i moją akredydację (stoję z boku, twarzą w szalu), babula nie pojmuje, co oznacza: inostrannyj korrespondient, w moim imieniu nie rozróżnia płci? W końcu wpisuje nas do księgi meldunkowej jako dwie korespondentki z Moskwy i daje nam dwa najlepsze pokoje, połączone wewnętrznymi drzwiami.

Mamy więc przed sobą całą noc, rano mogą nas stąd wyprosić. Po rozpaleniu w piecach (pali się od korytarza), kiedy ogień zabuzował, wychodzimy z gościnicy w stronę zony, którą widać w łunach reflektorów. Po kilkudziesięciu metrach raptem po obu stronach wyrastają z ciemności drewniane zabory z "kogutami" na rogach. Reflektory z "kogutów" raz za razem omiatają zonę "długimi nożami świateł". Idziemy wąskim korytarzem między dwiema ścianami z desek o wysokości - bo ja wiem - czterech, pięciu metrów i z kłębami drutu kolczastego po wierzchu. Można powiedzieć, że przeniknęliśmy z posiołka do zony - jak z jawy do snu - niezauważalnie.

Dopiero nazajutrz wyjaśniło się, że w nocy szliśmy ulicą rozdzielającą zonę mieszkalną od zony pracy. Ulicą tą mają prawo chodzić wolni mieszkańcy posiołka, chociaż de facto to obszary jercewskiego łagru. Zresztą, granica pomiędzy posiołkiem a zoną to rzecz w Jercewie nader umowna, o czym też mieliśmy się przekonać nazajutrz. Lecz na razie jest noc. Zza zakrętu wychodzi patrol, wprost na nas: trzech byków w szynelach i papachach z automatami i psami. Śnieg skrzypi, ślisko, pośliznąłem się. Przeszli.

Zatoczyliśmy łuk i wyszliśmy z zony. Do gościnicy wracaliśmy po cięciwie łuku. Wtem zapachniało samogonem i przypomniało mi się, że dzisiaj są moje urodziny, a my alkoholu nie mamy ani grama i kupić go nie ma gdzie, bo sklep w Jercewie po pierwsze - zamknięty, a po drugie - sprzedają w nim tylko swoim. Zapach fuzla był coraz wyraźniejszy, aż wreszcie zrównaliśmy się z domem, co do którego nie miałem żadnych wątpliwości, że to on właśnie fuzlem zionął... Zaryzykowałem i pchnąłem drzwi wejściowe. W sieniach ciemno, z lewej szpara brudnego światła, po omacku nacisnąłem i znalazłem się w oparach bimbru. Przez chwilę nic nie widziałem, po chwili jak z tumanu wyłonił się zapyziały mużyk i podał mi stakan mętnożółtej cieczy. Spróbowałem, żgnęło.
- Poł litra za czerwoniec.
- Biorę.
W gościnicy urządziliśmy moje urodziny: Weronika pocięła na plasterki sało od Jesipowa z Wołogdy i oczyściła czosnek, ja dorzuciłem drew do pieca; w numerze zrobiło się żarko. Za ścianą ktoś grał na bajanie i pijanym tenorem ciągnął błatny romans ze wszech sił. Pierwszy toast wypiliśmy za Herlinga. Rano walenie w drzwi. Otwieram z boduna. W drzwiach baba w mundurze (... a może mi się zwidziało, że była w mundurze?). Naczelnik gościnicy.
- A wy kto? - na jej twarzy malowało się zdumienie, wszak oczekiwała dwóch korespondentek z Moskwy, a tutaj jej otwiera mużyk w slipach. I w dodatku z kociokwikiem.
Próbuję wyjaśnić, lecz mi przerywa pytaniem o razrieszenije. Mówię, że przyjechaliśmy w nocy i do komendanta Uprawlienija dopiero się wybieram.
- Togda potoropities', skoro obiediennyj pierieryw - warknęła speszona i huknęła drzwiami.
Przy wejściu do Uprawlienija cerber w szynelu. Biorę rozpęd i wbiegam do środka, cerber za mną.
- Nielzja - ryczy - nielzja.
Skręcam w prawo, sekretariat, cerber chwyta mnie za rękaw, ja za klamkę, za biurkiem dziewczę ze szlifami, rzucam na blat moje udostowierienije, dziewczę gromi cerbera spojrzeniem, ten chwost pod siebie i zamyka drzwi. Dziewczę ogląda akredytację (akuratny manicure), ja mówię, że chcę do komendanta, dziewczę znika w gabinecie obok, po chwili wraca i każe czekać. Przyglądam się jej: ładna. Ciemne, prawie granatowe włosy, nieco skośne oczy, filigranowe usta. Piersi w mundurze.

Tymczasem do gabinetu obok jeden po drugim wchodzą oficerowie ochrony, dostrzegam stopień majora, podporucznika, ba - żebym to ja się znał na pagonach. Po dziesięciu minutach wyzywają mnie.

Wchodzę do długiego pokoju, stoły ustawione w ruską bukwę, za krótszym ramieniem siedzi szarża w randze pułkownika, za dłuższym sześć szarży niższych rang. Nad główną szarżą wisi portret Dzierżyńskiego (ot, i tu rodak na ścianie), na szafie stoi jego brązowy biust. Siadam na jedynym krześle od wewnętrznej strony bukwy, twarzą do pułkownika Kuzienkowa - tak się główna szarża przedstawiła, mówiąc, że jest komendantem Uprawlienija - i gabinecie zaległa cisza.
- Czto wam nado?
Wyjaśniam, że równo 50 lat temu został stąd zwolniony polski pisarz Gustaw Gierling-Grudziński, a że według ustaw rosyjskich po 50 latach akta mogą być odtajnione, więc po pierwsze, chcę zobaczyć teczkę z jego licznym diełom, a po drugie, chciałbym odwiedzić parę łagpunktów, o których Gierling-Grudziński pisze w swej książce o Jercewie: Kruglicę, Mostowicę, Ostrownoje i Drugą Alieksiejewkę.
Druga Alieksiejewka odpadła zrazu, tam zimą nie przejechać - to raz, a dwa - tam już nic nie ma. Las... I Ostrownoje tylko w lecie funkcjonuje, tam w lecie łagier dla dzieci urządzili, kolonie letnie dla dzieci wolnonajemnych. Pozostaje Kruglica i Mostowica, po obiedzie major Gusiew nas zawiezie. Co do teczki zaś, hm.
- Znajetie nomier zakliuczjonnogo?
- 18/72.
Pułkownik Kuzienkow wydał przez telefon dyspozycje i po dziesięciu minutach miałem teczkę Herlinga w rękach, i ręce mi zadrżały... Teczka Herlinga! Zacząłem ją przeglądać, kartkować.
- Nu, wot, wasz Gierling był u nas stachanowcem - rzucił mi przez ramię major Gusiew, pokazując palcem tablicę norm. Normy Herlinga wszędzie przekraczały 150 proc., a niekiedy sięgały do 200 proc.
Rozbestwiony powodzeniem, zrobiłem błąd. Zamiast od ręki spisywać dieło Herlinga, zapytałem, czy mogą mi je tutaj sfotografować.
- A kak że.
Umówiliśmy się z Gusiewem, że po obiedzie zajedzie po nas do gościnicy. Mieliśmy dwie godziny na zwiedzanie Jercewa.

Posiołek Jercewo - po prawej stronie, patrząc z pociągu na Archangielsk - to trzy uliczki równoległe do drogi żelaznej, poprzerastane brzozami. Uliczki z jednego końca zakręcają do stacji, z drugiego utykają w zonie. Zabudowa mieszana, trochę jednopiętrowych baraków z 2-3 klatkami schodowymi (na każdej klatce cztery mieszkania: dwa na parterze i dwa na piętrze), śród baraków domy jednorodzinne i dwurodzinne, czasem z banią albo z chlewem, niekiedy z jednym i z drugim. Pośrodku posiołka barak otoczony zaborem z drutem kolczastym i dwoma "kogutami" na przeciwległych rogach.
- Eto szkoła, my jejo remontirujem - wyjaśnił major Gusiew po obiedzie. Okazuje się, że remonty domów w posiołku wykonują zekowie, więc każdy dom do remontu należy najprzód otoczyć zaborem z "kogutami" i naciągnąć drut kolczasty, a dopiero potem można wpuszczać tam brygadę z zony.
- Ten także remontujecie - zapytałem w Mostowicy (obecnie posiołek dla zwolnionych z łagru bez prawa wyjazdu), wskazując niewielki barak za zaborem z drutem kolczastym.
- Niet, eto miestnyj wytriezwitiel.
- Czyli izba wytrzeźwień. Uhm.

W Kruglicy nic ciekawego, tam żyją ci, których zwolniono z zony, ale nie mieli gdzie pójść. Żenią się, płodzą, wolnonajemni i niepotrzebni, bo kryzys (... roboty teraz mało, nawet nie dla wszystkich zeków starcza). Ot, i żyją z ogrodów, co niektórzy trzymają krowy, niektórzy - świnie i kury. Nieliczni mają szczęście: pracują na lesopowale. Czemu szczęście? Bo zawsze parę rubli wpadnie na lewo. Za drzewo.

Po drodze major Gusiew się rozgadał. Opowiadał o ojcu, który stał na wyszce w czasach, kiedy Gierling tu pracował. Tak, ojciec mógłby o łagrze sporo opowiedzieć, on go widział z góry, a Gierling... Cóż, Gierling siedział jako ten królik w klatce i mógł opisać łagier od króliczej nory. Droga wiodła to polem, to lasem, aż wjechaliśmy w wieś bez nazwy i zobaczyłem dom północny (pierwszy w życiu) i wlubiłem się z miejsca (pisałem o tym gdzie indziej...). Major Gusiew powiedział, że niedaleko, we wsi Tajwenga, można tanio kupić podobny nad jeziorem. Obiecał, że jeśli w lecie przyjadę, to mi pokaże, jak tam trafić, bo w zimie tam trafić nie sposób.

Po powrocie do Uprawlienija szum. Okazało się bowiem, że żadnej teczki nie mieli prawa mi pokazywać bez pisemnego razrieszenija generała Striełkowa z Moskwy i w ogóle bez jego zgody nie mogę przebywać na terenie Jercewa. - No, ty mołodiec - rzekł na pożegnanie pułkownik Kuzienkow, wsadzając nas do ekspresu moskiewskiego. - K nam daże russkije korrespondienty nie popadajut. Dlatego zgłupieli.

Mariusz Wilk

Przedruk z: "Plus Minus" (sobotni magazyn dziennika "Rzeczpospolita"), 03.08.2002

Do góry strony

Dział polonistyczny redaguje Maciej Tabor